• Witamy na bukmacherskie.com
    1. 728x90 - 1000 PLN Bonus Powitalny

    postawnasiebie.blog.pl

    Temat na forum 'Strony Bukmacherskie' rozpoczęty przez Autor Hazardzista, Listopad 25, 2017.

    Więcej tematów od Autor Hazardzista
    1. Autor Hazardzista Nowy użytkownik

      Autor Hazardzista
      Dołączył:
      Lis 2017
      Posty:
      6
      Polubienia:
      0
      Witam!

      Jestem hazardzistą uzależnionym od zakładów bukmacherskich. Grałem ponad 10 lat. Jestem po terapii w zamkniętym ośrodku leczenia uzależnień. Spędziłem w nim 8 tygodni, w tym Boże Narodzenie i Sylwester.

      Od kwietnia 2017 roku prowadzę bloga „POSTAW NA SIEBIE”, na którym opisuję swoją historię. Założyłem go, bo wkurzało mnie, że coraz więcej osób zachęca do obstawiania meczów, a nikt nie mówi, że to hazard i jakie mogą być konsekwencje uzależnienia od niego. Założyłem go, z nadzieją, że komuś pomogę. Również w tym celu będę wrzucał tu jego fragmenty.

      Blog ma swoje profile na Facebooku i Twitterze. Pomóż mi dotrzeć do innych. Polub, zaproś do polubienia, obserwuj, udostępnij, podaj dalej. Dziękuję!

      :arrow: www.postawnasiebie.blog.pl - ZAPRASZAM :spoko:
       
      Ostatnia edycja: Listopad 25, 2017
    2. Autor Hazardzista Nowy użytkownik

      OP
      OP
      Autor Hazardzista
      Dołączył:
      Lis 2017
      Posty:
      6
      Polubienia:
      0
      "Zacząłem grać krótko po rozpoczęciu liceum. Mieszkałem wówczas w internacie. Z dala od rodziców, z kieszonkowymi co tydzień i z zapasem jedzenia. Warunki do obstawiania były więc idealne. Wywodzę się jednak z dobrego domu, więc gdy wyjeżdżałem do szkoły średniej, jedyne o co mógłbym założyć się w tamtym czasie to to, że hazard nigdy mnie nie dotknie. Jak powiedział Cezary Pazura w filmie „Chłopaki nie płaczą”: „Wtedy dałbym sobie za to rękę uciąć. I wiesz co… i bym teraz ku*** nie miał ręki”.

      Pewnego dnia starszy kolega przyszedł do mojego pokoju i pochwalił się, że wygrał u buków 700 złotych.
      - Wow, zajebiście! – przyznał jeden z moich współlokatorów.
      - Może i my byśmy spróbowali – powiedział po chwili drugi.
      „Siedem stówek za obstawianie kilku meczów? Za 50 zł? Nieźle…” - pomyślałem. Od razu, z tyłu głowy, pojawiła się jednak czerwona lampka i komunikat: „Nie rób tego. To hazard. To niebezpieczne”. Podziało. Trochę…

      Następnego dnia poszedłem z nimi do jednego z punktów bukmacherskich. Starszy kolega miał odebrać wygraną, my mieliśmy zagrać. Oni zagrali, ja nie.
      - Ty nie obstawiasz? – zapytał mnie jeden z ziomeczków.
      - Nie, nie chcę – odpowiedziałem.
      - Dawaj! Puścimy kupon za 5 zł, wygramy kilka „dyszek”, będzie na drobny melanż.
      - Mam to gdzieś, nie chcę. Przegram i potem na to jedno piwko zabraknie mi kasy.
      Moje tłumaczenie ich rozbawiło. Każdy rzucił złośliwym żartem pod moim adresem, ale odpuścili. Oni zagrali, ja nie.

      Wieczorem okazało się, że jeden z nich wygrał. Obstawił 5 zł, wygrał 57. I to ten, który na piłce (wszyscy obstawiali piłkę nożną) znał się najmniej. W ten sposób w czerwonej lampce, która wcześniej się zapaliła, pękła żarówka. „Skoro ten leszczyk mógł wygrać, to ja tym bardziej. On nawet nie potrafi wymienić „jedenastki” klubu ze swojego miasta. A twierdzi, że jest jej kibicem”. W głowie była już tylko jedna myśl – „KONIECZNIE MUSZĘ ZAGRAĆ!”.

      Moja pewność siebie była tak duża, że z ekscytacji długo nie mogłem zasnąć. „Zagram za 10 zł, tak by wygrać około 100. Wow, to drugie tyle co dostałem od rodziców na ten tydzień! A potem mogę znów zagrać i znów wygrać! Świetnie, wreszcie nie będę musiał oszczędzać! A gdyby tak grać regularnie… Ileż kasy mógłbym mieć!”.

      Zapytacie, co z czerwoną lampką, która zapaliła się w mojej głowie, gdy chłopaki wyszli z propozycją byśmy zagrali? Jaką lampką?!"
       
    3. Autor Hazardzista Nowy użytkownik

      OP
      OP
      Autor Hazardzista
      Dołączył:
      Lis 2017
      Posty:
      6
      Polubienia:
      0
      "Był piątek. Wszyscy w internacie cieszyli się na powrót do domu i odpoczynek od szkoły. Tego dnia ja ekscytowałem się z innego powodu. W drodze na dworzec zamierzałem odwiedzić jeden z punktów bukmacherskich i obstawić swój pierwszy w życiu kupon. Byłem cholernie nakręcony! A jeszcze dwa dni wcześniej byłem przekonany (równie mocno!), że nigdy nie zagram…

      Gdy starszy kolega z internatu wygrał u buków 700 złotych, moi współlokatorzy także postanowili spróbować swoich sił w obstawianiu. Ja nie. Dopiero wygrana jednego z nich, choć dużo mniejsza, sprawiła że uległem pokusie. „Skoro ten leszczyk mógł wygrać, to ja tym bardziej. On nawet nie potrafi wymienić „jedenastki” klubu ze swojego miasta. A twierdzi, że jest jej kibicem”. W głowie była już tylko jedna myśl – „KONIECZNIE MUSZĘ ZAGRAĆ!”. Pisałem o tym – TUTAJ.

      Nie miałem dużo czasu, ponieważ autobus był krótko po szkole, ale to w niczym nie przeszkadzało. Pewny swojej wiedzy szybciutko wybrałem 16 meczów z oferty weekendowej i obstawiłem je za 15 złotych. Pamiętam, że do wygrania miałem ponad 500. Nie wygrałem, bo jeden z faworytów niespodziewanie zremisował. Byłem zły, lecz bardzo krótko. W końcu nie wszedł mi „tylko” jeden mecz. „Prawie wygrałem”.

      „Prawie wygrałem”, „nie wszedł mi tylko jeden mecz” – zdarzało się Ci tak mówić/myśleć? Przez 10 lat gry zdarzało mi się to nieustannie. Cóż za głupota! Skoro nie wszedł Ci jeden mecz, to znaczy że nie wygrałeś. Przegrałeś! „No, ale nie wszedł mi tylko jeden mecz. Byłem blisko”. Ok, ale to nie oznacza, że prawie wygrałeś. PRZEGRAŁEŚ. Bo straciłeś kasę, którą obstawiłeś. Bez względu na to czy na kuponie masz kilka błędów, czy „tylko” jeden – PRZE-GRY-WASZ!

      Właśnie dlatego kupony z jednym błędnym są najgorsze. Człowiek już planuje na co przeznaczy wygraną kasę, a tu nagle… WTOPA! Poczucie, że „prawie wygrałem” sprawiało, że miałem ogromną, wręcz gigantyczną, chęć obstawienia kolejnego kuponu. „Byłem tak blisko, że następnym razem na pewno się uda. Muszę się odegrać! – myślałem. Brzmi znajomo? No właśnie…

      U mnie było tak już po pierwszym kuponie. Po „prawie wygranym” weekendzie. „A mogłem dziś odbierać 5 stówek… Ehh, nie ma co rozpaczać. Tamten kupon zrobiłem w kilka minut, bez analizy, a prawie wygrałem. Muszę bardziej się przyłożyć i rozbiję bank!” – myślałem od początku nowego tygodnia.

      „Myślałem”, bo gdybym faktycznie myślał byłbym dziś w zupełnie innym miejscu."
       
    4. Autor Hazardzista Nowy użytkownik

      OP
      OP
      Autor Hazardzista
      Dołączył:
      Lis 2017
      Posty:
      6
      Polubienia:
      0
      Na blogu opisuję swoją historię, ale jest też trochę teorii. Tu fragment:

      "Fazy rozwoju uzależnienia od hazardu patologicznego:

      1. Faza zwycięstw – okazjonalne granie i pierwsze wygrane. Następuje pobudzenie i chęć większych wygranych. W konsekwencji gra się częściej i za coraz większe stawki. W przypadku „wielkiej wygranej” pojawia się nieuzasadniony optymizm. Człowiek zaczyna wierzyć, że może częściej i więcej wygrywać, więc obstawia jeszcze większe pieniądze.

      2. Faza strat – Wysokie stawki to ryzyko dużych strat. W przypadku przegranych następuje chęć odegrania się. Kolejne niepowodzenia zwiększają chęć odrobienia utraconych środków, dlatego stawki kuponów idą w górę. Pojawiają się pierwsze pożyczki. Hazardzista cały czas wierzy, że nastąpi „wielka wygrana”, która pozwoli je spłacić. Ewentualne wygrane idą na spłatę długów, ale prędzej czy później gracz znów pożycza pieniądze.

      3. Faza desperacji – narastające długi powodują panikę. Następuje separacja od rodziny, bliskich i znajomych. Pojawia się wyrzuty sumienia, poczucie winy, wyczerpanie, bezradność i depresja. Bywa, że obciążenia prowadzą do przestępstw.

      4. Faza utraty nadziei – Poczucie beznadziejności sprawia, że pojawiają się myśli i/lub próby samobójcze. Zostają wówczas 4 wyjścia: ucieczka w inne uzależnienie (alkohol/leki/narkotyki), więzienie, śmierć (samobójstwo lub z ręki wierzycieli) lub zwrócenie się po pomoc".
       
    5. Autor Hazardzista Nowy użytkownik

      OP
      OP
      Autor Hazardzista
      Dołączył:
      Lis 2017
      Posty:
      6
      Polubienia:
      0
      "Napisać, że nie zamierzałem grać to nic nie napisać. Byłem święcie przekonany, że nigdy, ale to nigdy, nie zagram. Tymczasem wystarczył jeden wieczór, by powiedzenie „nigdy nie mów nigdy” walnęło mi prosto w ryj. Otumaniony następnego dnia zagrałem i jak się potem okazało głowa ucierpiała po tym „ciosie”, bo choć przegrałem to jarałem się jak Sit szyszunią. Nie wszedł mi „tylko” jeden mecz. „Prawie wygrałem”. Wstydzę się tego, ale tak wówczas myślałem. Tamten kupon zrobiłem w kilka minut, bez analizy, a prawie wygrałem. Muszę bardziej się przyłożyć i rozbiję bank! Debil.

      (...)

      Próbowałem powalczyć o tysiaka grając za 20-50 zł, lecz na kuponach było zbyt dużo meczów i zawsze wkradał się przynajmniej jeden błąd. Musiałem zagrać mniej spotkań, ale za większą kasę. Nie miałem jej, lecz już w kolejnym tygodniu się pojawiła. Dostałem od rodziców pieniądze na opłatę internatu. Żarło tak dobrze, że postanowiłem wprowadzić ją w obieg. Wygrałem. Ponad 1000 złotych. Spłaciłem internat tydzień później, więc nic się nie stało, a zostało mi jeszcze sporo siana. Nie mogłem sobie kupić nic konkretnego, bo w domu by pytali za co to kupiłem. Kasa poszła zatem na bieżące wydatki, czyli żarcie i melanż. I oczywiście kolejne kupony.

      Pech chciał, że miałem w tamtym czasie wiele szczęścia. Pieniądze z wygranych były wystarczające, by przykrywać przegrane, więc bawiłem się w najlepsze. A było za co. Kilka stówek na tydzień, o których nie wiedzieli w domu i mogłem je wydać na co chcę. Bajka! Zwłaszcza, że na każdy tydzień brałem ze sobą stos jedzenia i 100 zł na wydatki bieżące. Żyć, nie umierać".

      Więcej na blogu. Wpis :arrow: "Faza zwycięstw. Hulaj dusza – piekła nie ma"
       
      Ostatnia edycja: Grudzień 10, 2017 o godzinie 17:29
    6. Autor Hazardzista Nowy użytkownik

      OP
      OP
      Autor Hazardzista
      Dołączył:
      Lis 2017
      Posty:
      6
      Polubienia:
      0
      "W bukmacherce, jak w sporcie, chodzi o to by wygrywać. Warto jednak wiedzieć, że faza zwycięstw, o której pisałem, to pierwsza z faz rozwoju uzależnienia od hazardu patologicznego. Kolejna to faza strat. Awansowałem do niej błyskawicznie, bo faza zwycięstw była zbyt owocna. Duże wygrane generowały chęć jeszcze większych wygranych. Rosły też stawki, więc przegrane były coraz bardziej odczuwalne. Bolały cholernie! Niejednokrotnie myślałem sobie, że wolałbym dostać solidny wpier***, bo może wtedy bym się opamiętał. Na pewno mniej i krócej by bolało.

      Obstawianie za pieniądze, które dostawałem na opłatę internatu było jedną z pierwszych oznak tego, że mam problem z hazardem. Nie chciałem jednak dopuszczać do siebie tej myśli. Zwłaszcza, że za pierwszym i drugim razem się udało. Wygrałem, spłaciłem internat i zostało mnóstwo dodatkowej gotówki. Zajebiście. Zapomniałem tylko, że każda passa kiedyś się kończy. Za trzecim razem się nie udało. Nie miałem ani za co opłacić internatu, ani za co zagrać. Powiedziałem kierowniczce, że za miesiąc ureguluję zaległość wraz z kolejną ratą. Wcześniej nie było u mnie problemów z płatnościami, więc się zgodziła. Za miesiąc mama tradycyjnie dała mi kasę na internat, ale tylko na bieżącą ratę. O zaległości nie wiedziała. Nie miałem za co jej uregulować, więc ponownie zagrałem za pieniądze, które mi dała. Wygrana miała dać mi kasę na dwie raty za internat oraz dodatkową gotówkę. Tak bardzo jej potrzebowałem, że nie brałem pod uwagę przegranej.

      Wszystko szło idealnie. Drużyny, które obstawiłem szybko obejmowały prowadzenie, a niektóre schodziły na przerwę z dwubramkową zaliczką. Czułem już wygraną. Miałem tak znakomity nastrój, że koledzy podejrzewali, że jestem po piwku. Choć kupon nie był rozstrzygnięty zacząłem już planować kolejne. Został jeden mecz. Real niemal od początku spotkania prowadził u siebie 1:0 z jakimiś leszczami. Wydawało się, że kolejne gole gospodarzy są kwestią czasu, tymczasem w 70 minucie goście doprowadzili do wyrównania. Zrobiło mi się słabo. Zbladłem, a serce zaczęło mi bić tak mocno, że nie mogłem wydusić z siebie słowa. – To przypadkowy gol. Wyluzuj, jeszcze dużo czasu. Wygrają na lajcie – powiedział kolega. Trochę się uspokoiłem, ale na chwilę, bo mecz zakończył się remisem. Przegrałem. Kur**, jeden mecz…"

      Więcej na blogu. Wpis :arrow: "Faza strat. Wygrana na spłatę długów".
       

    Poleć forum